Ostatni raz pochwyciłam spojrzenie Emmy i miałam nadzieję, że mój wzrok mówi, jak bardzo byłam jej wdzięczna w tamtym momencie. Sprawdziłam czas. Do rozpoczęcia zostało piętnaście minut. Ominął mnie właśnie opasły hindus, który również miał zamiar wyjść na ulicę. Udało mi się go wyprzedzić, co nie było oczywiście trudne. Przemknęłam przez bramki szybko, by wbiec po schodach na górę. Ponownie spotkałam się z rzadkim w Anglii słońcem. Skręciłam w pierwszą uliczkę i już biegłam ile sił w nogach. Patrzyłam głównie na drogę, choć czasem przenosiłam oczy na pokreśloną kolorowym długopisem kartkę i zegarek. Czas nagle zaczął przyspieszać, jakby chciał mi udowodnić, że nie mogę jednocześnie studiować i grać w teatrze, ponieważ to ponad moje sił.
Gdy ujrzałam dobrze znany mi budynek, kamień spadł mi z serca. Zwolniłam nieco, choć nadal moja głowa była pełna czarnych myśli. Teoretycznie nie powinnam się martwić, bo i tak nie gram od pierwszej minuty, ale głupio byłoby wpaść do środka, przebiec przez środek sali, wtargnąć na scenę i rzucić się za kotary. Nie tak to działa.
Miałam szczęście. Ostatnie osoby zajmowały swoje miejsca. Ścisnęłam w dłoni pomiętą kartkę, jakby to miało pomóc mi w przezwyciężeniu stresu. Nogi miałam jak z waty po sprincie godnym podziwu (z moją kondycją to był na prawdę wyczyn). Dosyć niepewnie poszłam za kulisy.
— Hamilton! — zawołał trochę za głośno chłopak, którego dziś miałam ogromną ochotę uderzyć (i to zrobię). — Gdzieś ty była?
Przez tłum ludzi przedarł się czarnowłosy chłopak, minimalnie niższy ode mnie. W ręku trzymał swój scenariusz i niemal obsesyjnie poprawiał swój kostium. Rory, bo tak miał na imię, zerkał co chwila w najbliższe lustro. Rozumiałam, że chciał wyglądać dobrze na scenie, ale jego nawyk przełożył się w krótkim czasie na życie poza teatrem. Nawet ba próbach chciał wyglądać nieskazitelnie.
— Nie denerwuj mnie — warknęłam, ściągając torbę przez głowę. Przepuściłam dziewczynę w długiej sukni i capnęłam ubranie, w które musiałam wcisnąć się w dwie minuty. Gubiąc po drodze buty, poszłam się przebrać. — Najpierw Finn, taki jeden z mojego roku, się przyczepił, potem jakąś baba chciała mnie zabić wzrokiem bazyliszka, to cholerne metro jechało oczywiście za wolno, a w środku sprzedałam jakiejś dziewczynie cios łokciem. A, no i zgubiłam scenariusz — pomachałam nim, wytykając rękę zza zasłony.
— Mam nadzieję, że mi nic nie wypadnie — mruknęłam, patrząc w dół na kosmicznie głęboki dekolt. Wyszłam z przebieralni, unosząc go kilka razy. Ciągle opadał na swoje stare miejsce. Wydałam z siebie jęk niezadowolenia.
Rory nadal nie nauczył się, że nie powinien odzywać się do mnie, gdy mam ochotę rozwalić komuś głowę.
— Nie ma co wypaść — zauważył fachowo, nie mogąc się powstrzymać od tej uwagi. — Już jestem cicho — dodał, widząc mój rozgniewany wyraz twarzy.
— Petruchio dostanie najmocniejszego liścia od czasów Szekspira — uśmiechnęłam się do niego lekko. Kątem oka ujrzałam kobietę, która witała publiczność. — I w sumie masz rację. Nie ma co wypaść.
Po spektaklu długo nie zdejmowałam sukni, choć nieco wstyd mi było paradować z takim dekoltem. Wszyscy biegli po kulisach, a ja siedziałam (dosyć niestosownie jak na kobietę) na krześle. Chcieli jak najszybciej wrócić do domu, to jasne. Ja w głowie miałam norweskie słówka, a po kilku chwilach na pierwszy plan zaczęło wysuwać się kolejne durne przezwisko, jakie wymyślił Rory (Cnotka). Wpadł na ten wspaniały pomysł po tym, jak po raz tysięczny usłyszał mój niezadowolony ton i gorzkie słowa co do kreacji. Uprzedziłam go, że na kolejnym spektaklu dostanie jeszcze mocniej w twarz. Po tych słowach zmył się szybko do domu, a ja w końcu zaczęłam przechodzić przemianę ze Złośnicy w Joyce.
Wyszłam z teatru w milczeniu, by nie przerywać podśpiewującej pani Libbs.
Mimo że mieszkałam dosyć daleko od teatru, pozwoliłam sobie na spacer. Patrzyłam na witryny mijanych sklepów, kilka razy zatrzymałam się przy nich. Patrzyłam na ubrania, choć wiedziałam, że w planach nie miałam ich zakupu. Nie mogłam jednak nie wejść do żadnego sklepu — wybrałam spożywczak.
W lodówce miałam tylko przeterminowany keczup, więc to dosyć zrozumiała decyzja. Wpakowałam do koszyka dużo opakowań z zieloną herbatą, zupy w proszku, kilka paczek makaronu i dwa słoiki sosu do niego. Przeszłam też obok słodyczy. Moją uwagę zwróciła paczka żelek. Patrzyłam na nie chwilę, jakbym odkryła ósmy cud świata, po czym zabrałam je ze sobą.
Londyn nocą był nieco pusty. Wiele klubów dopiero co otwierano, więc grupki znajomych schodziło się do nich. Samochody leniwie przetaczały się przez ulicę. A ja, cała zmarznięta, szłam wolno po chodniku. Zadzierałam głowę ku górze, by patrzeć na ogromną tarczę Big Bena. Jednocześnie rozerwałam pakunek słodyczy (kilka z nich oczywiście musiało wylądować na bruku) i zajadałam się tymi słodkościami. Podobno są dobre na stawy, więc po całej porcji nie będę się musiała martwić na stare lata.
— Joyce!? — wrzasnęła pani Correlio z klatki schodowej. Tym razem nie udało mi się przemknąć niezauważalnie. — Gdzie wychodzisz?
— A co cię to obchodzi? — zapytałam pod nosem, choć gdybym powiedziała to głośno, i tak by mnie nie usłyszała. Odchrząknęłam i odpowiedziałam na jej pytanie: — Powłóczyć się!
Nic nie odpowiedziała. Ponownie pogłośniła swoją ulubioną argentyńską telenowelę. Znałam już każdą kwestię na pamięć, bo oglądała cały czas to samo, a przez sufit w tym domu słyszałam bardzo dużo.
Zajęcia z fonetyki (męczarnia) miałam o pierwszej po południu, potem przerwa i znowu wykład. No i na sam koniec kolejne przedstawienie. Miałam jeszcze dosyć dużo czasu, więc ruszyłam prosto do Hyde Parku. Nie był zbytnio oddalony od domu pani Correlio, więc bywałam tam często.
Spotkania ze znajomymi były tam rzadkością, ale tego dnia miałam wyjątkowe szczęście. Ujrzałam Emmę, która nadciągała z przeciwnej strony. Prowadziła przed sobą ogromnego, czarnego psa, który wyglądał na niezwykle podekscytowanego tym wyjściem. Uśmiechnęłam się do dziewczyny, choć niezbyt zwracała uwagę na otoczenie. Postanowiłam więc zacząć rozmowę. Gdy przechodziła obok, spojrzałam na jezioro, jakbym zobaczyła coś naprawdę interesującego. Minęła mnie, a w tym samym czasie odwróciłam się i już szłam za nią.
— Jest twój? Wygląda świetnie, serio. Też kiedyś takiego miałam, był... — przerwałam na samą myśl o zwierzęciu. Uśmiechnęłam się smutno. — Nie ważne. Miło mi cię widzieć ponownie, Emmo. — „Nikt już nie mówi w taki sposób, ogarnij się".
Emma? R.I.P. moja wena.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz